Uporządkowana i Impulsywna

Uporządkowana i Impulsywna

with Brak komentarzy

Nie wiem jak Ty ale ja uwielbiam planować. Wyznaczać cele, rozpisywać je na zadania, wpisywać w kalendarz i realizować zgodnie z harmonogramem.

To jest sposób działania bardzo poukładanej części mnie.

Bardzo lubię tę część siebie. Jest taka uporządkowana. Zaplanowana. Wszystko ma pod kontrolą. Wie dokładnie co, gdzie i kiedy będzie robić.

Mam też w sobie kogoś kto robi to na co ma ochotę w danej chwili. Jest bardzo impulsywna. Nieprzewidywalna. Nigdy nie wiem kiedy się pojawi i na jak długo. I czego będzie chciała: co będzie chciała robić albo czego nie będzie chciała robić.

Kiedyś nie bardzo lubiłam tej części siebie, bo zazwyczaj psuła mi moje skrupulatnie opracowane plany. Postrzegałam ją jako coś zagrażające mojemu codziennemu życiu – no bo jak ja osiągnę cokolwiek, kiedy coś we mnie mówi: nie mam ochoty na to, zróbmy zupełnie coś innego.

Istnieją na to różne spojrzenia. Różnie możemy to nazwać. Możemy to np. nazwać prokrastynacją. Albo powiedzieć: nie wymyślaj kochana niestworzonych rzeczy tylko rób co do Ciebie należy. Możemy to nazwać wymówką. Możemy w ogóle tą częścią się nie zajmować.

Możemy ją zignorować.

Ja to przez długi czas robiłam. Aż powiedziałam sobie – OK, chcę Cię poznać. Kim jesteś Pani Robię To Na Co Mam Ochotę.

Zaprosiłam ją więc do mojego życia i przyznam się, że na jakiś czas (dość długi czas) zawładnęła moją osobą. Obowiązki domowe zmniejszyła do minimum (dobrze, ze miała na kogo oddelegować poszczególne zadania). Pracę ograniczyła do minimum. O zarabianiu pieniędzy właściwie zapomniała.

I tym sposobem, z punktu widzenia produktywnych, zadaniowych osób – przebimbałam duuużo czasu. W moim przypadku, część impulsywna miała ochotę na mało wysmakowane zajęcia. Nie zachciało jej się wybrać w podróż na drugi koniec świata. Ani skoczyć ze spadochronem (wiem, bo taka możliwość się pojawiła i powiedziałam: nie mam na to ochoty). Stałam się za to ekspertką od seriali. I leżenia na kanapie. Obejrzałam mnóstwo filmów. Przeczytałam trochę książek. Wypiłam tysiąc litrów kawy rozmawiając z koleżankami. Namalowałam obraz. Żadne to dzieło sztuki ale przyjemność z malowania była ogromna. Napisałam kilkaset porannych stron (jeżeli przeszłaś Drogę Artysty to wiesz o co chodzi; jeżeli nie przeszłaś, a chcesz wiedzieć – pisz do mnie śmiało). Spędziłam kilkadziesiąt godzin na rozmyślaniach o … chyba wszystkim.

Początkowo było trudno. Miałam plan na dany dzień i dużą dawkę frustracji, że niewiele z tego zrealizowałam. Pretensje do siebie, że jestem leniwa. Wyrzuty sumienia, że zaniedbuję pracę. Poczucie winy, że nie dokładam do domowego budżetu tyle ile bym chciała.

Później było jeszcze trudniej bo widziałam efekty powyższych działań i musiałam się z nimi skonfrontować.

Tak – zaprosiłam tę część do swojego życia ale to wcale nie była łatwa relacja.

Aż przyszedł moment kiedy przestałam siebie krytykować za to co robię i zrozumiałam, że już nie mam nad tym wszystkim kontroli. To się po prostu dzieje. Poddałam się temu.

I wtedy zrozumiałam, że ta część mnie jest równie ważna co Pani Uporządkowana i Zadaniowa. Przestałam więc ją ignorować ale słuchać na co dzień. Jak ?

Po pierwsze: nadal planuję, ale już nie tak co do najmniejszego detalu i co do minuty. Teraz ustalam ramy czasowe. I oczywiście priorytety.

Po drugie: pozwalam sobie poczuć co, w danym momencie, mam ochotę zrealizować z zaplanowanych zadań. I to robię. Wiem, że na początku warto jest „zjeść żabę” czyli zrobić coś na co nie masz ochoty a zwyczajnie jest potrzebne do zrealizowania celu. Zauważyłam jednak, że ja raczej potrzebuję najpierw zrobić coś lżejszego, przyjemnego dla mnie, a dopiero potem „zjeść żabę”.

Po trzecie: kiedyś czas pracy trwał dla mnie od … do … W tym czasie nie miałam prawa na przyjemności jaką jest np. wypicie kawy z przyjaciółką. Albo pójście na spacer. Żyłam według zasady: najpierw praca, potem przyjemności. Jak w ciągu dnia poszłam na basen to uważałam, że zmarnowałam cały dzień pracy. Dzisiaj akceptuję to, że jest czas na pracę i inne przyjemności. Że mogę to wszystko poprzeplatać i nadal jestem efektywna.

Po czwarte: zwracam uwagę na to z jakiego powodu nie chce mi się czegoś zrobić: czy dlatego, że ogarnia mnie lenistwo, czy dlatego, że zadanie jest dla mnie trudne albo nieprzyjemne albo zwyczajnie boję się działać. Być może chodzi o chwilę oddechu. Odpoczynku. Po którym z powrotem zabiorę się do pracy. W zależności od tego co to jest – inaczej ze sobą rozmawiam. W inny sposób siebie motywuję. Inaczej sobie pomagam.

Stałam się bardziej elastyczna i wyrozumiała dla siebie.

Ostatnie spostrzeżenie: zauważyłam, że obie części, chociaż tak różne, mają coś wspólnego. Obie są silne. Jedna i druga stawia na swoim. Tylko, że każda z nich w zupełnie inny sposób.

PS Jak robiłam podsumowanie czasu panowania Pani Robię To Na Co Mam Ochotę to zauważyłam, że oprócz tego co wymieniłam wyżej, zrealizowałam masę innych rzeczy (pisałam o tym TUTAJ). Nowych. Do których wcale nie przygotowałam się tak skrupulatnie. Mój wniosek jest taki: czasami powodzenie w realizacji zależy od tego, że pójdziesz za impulsem zamiast porządnie się przygotowywać.

Ciekawa jestem czy Ty też masz takie części w sobie ?

Leave a Reply